Mnie urzekł kolor  – choć fanką różu nigdy specjalnie nie byłam, jego idea bezkarnej zabawy telefonem w trakcie łóżkowych igraszek – gdyż zaprzysięgłym gadżeciarzem jest się zawsze i, jak widać, wszędzie. Takim oto sposobem, bez zbędnych negocjacji, zapadła decyzja o zakupie naszej pierwszej wibrującej kulki. Nasz wybór padł na Magic Motion Flamingo.

Czym są wibrujące kulki?

Można powiedzieć, że to taki upgrade wibratora punktu G. Tak jak on stymuluje wnętrze pochwy, można nim pieścić łechtaczkę, ale jednocześnie stymulacja odśrodkowa ćwiczy mięśnie Kegla, docierając falami przyjemności do punktu G – można więc śmiało powiedzieć, że łączy przyjemne z pożytecznym 😉

Pierwszy kontakt

I oto stało się. Przed nami na stole leży estetyczne pudełeczko, które cieszy oko minimalistycznym stylem – na gładkiej powierzchni wieczka świetnie prezentuje się błyszczący nadruk zarysu kulki. Jednak bardziej, niż podziwianie opakowania, interesuje nas jego zawartość. W środku znajdujemy różowe Flamingo (faktycznie wyprofilowany kształt przypomina tego ptaka, oczyma wyobraźni już dorabiałam mu nóżki), instrukcję obsługi, kabel do ładowania urządzenia oraz dyskretny woreczek, do przechowywania najnowszej zdobyczy.

Nasz ptaszek, poza przyciągającym wzrok kolorem, jest bardzo przyjemny w dotyku dzięki pokryciu silikonem medycznym, który jednocześnie zapewnia mu wodoodporność. Bardzo ucieszył mnie fakt, iż kształt kulki jest wydłużony i wąski, co ułatwiło jego aplikację. Moją uwagę również przykuły delikatne wytłoczenia ogonka, który jest jednoczenie włącznikiem, oraz na korpusie.

Wachlarz możliwości

Okazało się, że o ile ręczne sterowanie jest ograniczone do 7 trybów wibracji, co mi w zupełności wystarcza do samodzielnej gimnastyki, o tyle przy sterowaniu smartfonem można wznieść się na szczyty wibrującej wirtuozerii, ku niesłychanej radości operatora apki 😉

Dużym plusem tutaj jest łatwość konfiguracji połączenia. Uruchomiona kulka łączy się za pomocą Bluetootha ze smartfonem, na którym została zainstalowana aplikacja (darmowa, kod QR do jej pobrania znajduje się na odwrocie pudełka) i już można zacząć zabawę.

Wachlarz możliwości jest naprawdę szeroki – o wiele większy zestaw gotowych trybów wibracji, możliwość tworzenia własnych, reagowanie sensoryczne (na ruch telefonu) oraz na polecenia głosowe, a nawet działanie w rytm muzyki! Nie powiem, najpierw mnie to wszystko trochę przytłoczyło, jednak fale przyjemności, połączone z falami ulubionej muzyki, okazały się strzałem w dziesiątkę, tak samo jak inwencja twórcza mojego partnera, dla którego skorzystanie z repertuaru zaproponowanego przez producenta zakrawało na zniewagę.

Flamingo w akcji

Przede wszystkim kulka jest bardzo wygodna, nadspodziewanie dobrze „leży” w środku. Było to miłe zaskoczenie, trochę bałam się, że może być mocno odczuwalna, niewygodna przy naturalnym poruszaniu się lub próbować złośliwie wypaść w trakcie chodzenia, jednakże nic takiego nie miało miejsca. Same wibracje nie dorównują mocy tym z normalnego wibratora, aczkolwiek jako preludium do dalszych działań lub stymulator łechtaczki, Flamingo spisuje się świetnie. Daje również dużo satysfakcji przy zabawie w duecie – nic tak nie nakręca faceta, jako możliwość zdalnego sterowania własną kobietą 😛

Jedynym mankamentem urządzenia jest jego mało dyskretna praca – trochę to jednak słychać, więc lepiej nie uruchamiać ptaszka w cichych, publicznych, miejscach, jeśli nie chcemy się zdradzać szerszej publiczności z jego obecnością.

Author

Write A Comment